otwartyparasol

Razem budujemy bezpieczną i otwartą przestrzeń

Wiadomość

Healing Detroit: jak oddolna troska buduje odporność lokalnych społeczności

Projekt „Healing Detroit", o którym pisze amerykański portal Axios, to inicjatywa, która — jak wynika z tytułu materiału — oddaje głos opowieściom o wzajemnej trosce w lokalnej społeczności.

Healing Detroit: jak oddolna troska buduje odporność lokalnych społeczności

To kolejny przykład na to, że hasło „community care", czyli troska budowana oddolnie przez sąsiadów, znajomych i organizacje, przestaje być niszowym sloganem, a staje się konkretną metodą radzenia sobie z kryzysami zdrowia psychicznego, wykluczeniem i samotnością. Dla nas — osób queer i migrantów w Polsce — ten sam mechanizm od lat jest codziennością, nawet jeśli rzadko opakowujemy go w ładne angielskie słowa.

Co wiemy o „Healing Detroit"

Axios w swoim tytule sygnalizuje, że „Healing Detroit" opowiada historie o wspólnotowej opiece. To wszystko, czym dysponujemy na podstawie samego nagłówka, więc trudno przesądzać o dokładnym formacie projektu — czy to cykl reportaży, podcast, wystawa, czy kampania społeczna. Wiemy natomiast, że Detroit, miasto z silnymi tradycjami oddolnej organizacji afroamerykańskiej i sąsiedzkiej, od dawna mierzy się z pytaniem, jak odbudować tkankę wspólnotową po dekadach zaniedbań instytucjonalnych. Inicjatywa wpisuje się więc w szerszy, ogólnoamerykański nurt, w którym to mieszkańcy, a nie urzędnicy, definiują, co znaczy „dbanie o siebie nawzajem".

Dlaczego to nas dotyczy — nawet z drugiej strony oceanu

W Polsce mechanizmy troski wspólnotowej też się mnożą, choć rzadko trafiają na nagłówki dużych mediów. To grupy wzajemnego wsparcia dla osób transpłciowych, które dzielą się informacjami o dostępnych endokrynologach. To zbiórki zorganizowane w ciągu kilku godzin, gdy ktoś z naszej społeczności straci dach nad głową po ujawnieniu orientacji. To nieformalne sieci migrantów, które tłumaczą dokumenty urzędowe na ławce w parku, bo w urzędzie nie ma nikogo po ich stronie. Każdy z tych małych aktów to dokładnie ten sam „community care", który w Detroit próbują opisać i nazwać.

Wspólny mianownik jest prosty: tam, gdzie instytucje zawodzą — bo nie widzą, bo nie chcą, bo nie wiedzą jak — społeczności wchodzą w lukę. Różnica jest tylko w skali i rozpoznawalności. W USA takie inicjatywy coraz częściej mają sponsoring fundacji i trafiają do mediów ogólnokrajowych. W Polsce wciąż ogromna część tej pracy jest niewidoczna, robiona po godzinach, przez jedną zmęczoną osobę z tłumaczeniem w ręce.

Co warto z tego wziąć dla siebie

Jeśli cokolwiek z projektu „Healing Detroit" możemy przenieść na nasz grunt, to przede wszystkim odwagę, żeby nazywać to, co robimy. „Troska" w queerowych i migranckich społecznościach w Polsce często żyje w ciszy — nie dlatego, że jest nieistotna, ale dlatego, że nie ma dla niej języka ani budżetu. A przecież bez niej nie przetrwałaby żaka organizacja, żaden azyl, żadna grupa wsparcia dla osób, które dopiero odkrywają swoją tożsamość.

Warto też pytać o sprawczość, a nie tylko o przetrwanie. Czy w naszym mieście jest choćby jedno miejsce, gdzie regularnie spotykamy się nie po to, żeby reagować na kryzys, ale żeby po prostu być razem? Czy osoby, które robią najwięcej invisible work — tłumaczą, towarzyszą, wyrabiają papiery — mają dostęp do odpoczynku i wsparcia, czy też wypalamy się po kolei? Detroit w swoich historiach pewnie odpowiada na podobne pytania. My też możemy zacząć je sobie zadawać — najlepiej wspólnie, przy kawie albo na czacie, zanim temat znów wypadnie z pierwszej potrzeby i wróci jako nagły pożar.